Nasze podróże

Poszukiwacze zaginionych miast #1/4

Marzec 2021. Pandemia zamknęła nas w Polsce na dwa lata. Jak tylko jakieś linie lotnicze zaczęły latać należało ruszyć w świat. Wybór był łagodnie ujmując, ograniczony. Meksyk, i właściwie nic więcej…

Łatwo było odgadnąć o czym myśli moja szacowna małżonka.

– Słuchaj! Tam musi być więcej ruin. Takich nadal nieodkrytych, gdzieś w środku dżunglii… Takich o których tylko miejscowi myśliwi wiedzą… wystarczy tylko znaleźć kogoś kto dużo czasu spędza w lesie.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, ale szczęście sprzyja wytrwałym!

-Mario Chambor? Jasne, że znam. To mój kuzyn (w Lacanja ma się swoją drogą wrażenie, że tam są sami kuzyni). Ooo… ooo! To on!!!

Osz wyskoczył z auta i machając rękoma zagrodził drogę nadjeżdżającego z przeciwka pojazdu. Chwilę później Aga i Eryk witali się z człowiekiem w trudnym do określenia wieku, o charakterystycznej, płaskiej, majańskiej twarzy.

Wyglądało na to, że ten długowłosy, niski, barczysty indianin faktycznie coś wiedział. Nie wiem co Agnieszka mu powiedziała, ale Lakandon nagle rzucił się na kolana i zaczął gorączkowo gromadzić drobne kamienie z drogi, po czym poustawiał je w jakiś zupełnie przypadkowy wzór jednocześnie żywiołowo przy tym gestykulując. Obserwowałem tą podekscytowaną krzątaninę w pyle żwirowej drogi zza kierownicy naszego auta, a mina Agi pozwalała mi tylko ocenić, że te dzikie spazmy i rozrzucanie kamyczków bardzo jej się podobają.

Wsiadając do auta nie wytrzymała.

-Ty! On mówi, że tam są piramidy. Cztery albo pięć. Cztery ponoć są zawalone, a na jednej ma być coś jak brama i tam ponoć są resztki malunków. Mówi, że faktycznie spływał tam kiedyś kajakiem i to widział. W ogóle strasznie się zajawił i już jesteśmy umówieni na jutro, na śniadanie u niego…

Dość szybko stało się oczywiste, że Mario był jeszcze bardziej podekscytowany wyprawą niż my sami. Niestety szybka ocena sytuacji nie pozostawiła żadnych wątpliwości. Jakieś dziesięć dni w dżungli, poza szlakiem, bez możliwości szybkiej ewakuacji jakby coś poszło nie tak…

Taaaak… Mieliśmy jakieś dziesięć razy za mało kart pamięci i jakieś dwadzieścia razy za mało baterii… Odpowiedniej ilości kalorii, które moglibyśmy potaszczyć na plecach w las, też nie mieliśmy… Ani tym bardziej żadnych hamaków. Trzeba było, ku wielkiemu, bolesnemu rozczarowaniu naszego nowo poznanego przewodnika, odłożyć przedsięwzięcie na “za rok”…

To był jeden z najdłuższych “roków” w naszym życiu, ale dokładnie rok i jeden miesiąc po tych pierwszych zabawach kamyczkami w pyle drogi wkroczyliśmy do Selva Lacandona z zamiarem dotarcia do ruin, które tylko Mario potrafił odnaleźć.

Jeśli by wierzyć w wizję zielonego piekła roztaczaną w książkach przez różnych znanych podróżników, to dżungla jest wroga, pełna niebezpiecznych stworzeń, toksycznych roślin i na dobrą sprawę tylko czyha na nasz błąd. Chodzi się po niej tylko z przewodnikiem stawiając stopy tylko tam, gdzie on wcześniej postawił swoje i nie dotykając niczego, czego przewodnik nam nie poda. Mrówki potrafią pożreć człowieka żywcem, jeśli ten zaśnie w niefortunnym miejscu, a motyle mają na skrzydłach zabójczy pyłek… O wężach, skorpionach, pająkach i innych okropieństwach nie wspominając. Słowem, wydaliśmy ostatnie oszczędności, żeby popełnić bardzo wymyślne, zbiorowe samobójstwo, ale staraliśmy się o tym nie myśleć. Aga szła szukać swojego wewnętrznego Indiany Jonesa. Eryk, żeby spojrzeć śmierci w oczy i zaśmiać się jej w twarz. Ja, bo jestem “niszowy” i świadomość nadmiernej bliskości jadowitych stworzeń jest mi niezbędna dla zachowania równowagi psychicznej. Mario, bo wreszcie mógł powiedzieć żonie, że nie idzie się “włóczyć po lesie”, tylko “do pracy”, a Jeremiasz… Wtedy myśleliśmy, że Jeremiasz idzie po prostu dorobić.

Człowiek do przeżycia w Dżungli potrzebuje dosłownie kilku rzeczy. Po pierwsze regularnego dostępu do wody. Po drugie parę godzin snu na dobę. Po trzecie czasem coś zjeść i po czwarte… środka odstraszającego komary.

Na samym początku problematyczne okazało się nie przedzieranie przez dziewiczy las z maczetą w garści, a właśnie mnogość szlaków i ścieżek przecinających zieloną dzicz. Dobrych kilka godzin Mario dwoił się i troił próbując znaleźć tę właściwą dróżkę, a my to zakładaliśmy to zdejmowaliśmy buty przekraczając tam i z powrotem przez kolejne strumienie i rzeczki.

– Dużo nowych szlaków. Tego nie pamiętam, ani tego… – mamrotał Mario pod nosem przebiegając obok nas.

Jeremiasz pędził krok w krok za nim. Dalej Eryk, Aga i ja. Lakandonowie to pojawiali się, to znikali, a my staraliśmy się za nimi nadążyć. Trzeba im przyznać, że biegają po górzystym terenie jak przysłowiowe zające. My niestety nie. W pewnej chwili na przeciwległym brzegu strumienia wyłonił się z krzaków starszy pan.

-Mario! Gdzie ty idziesz?

-Do Indio Pedro!

-To ty się chłopie zgubiłeś. To nie ta ścieżka! Ja też tam idę. Na piątą planuję być. Chodźcie zaprowadzę was…

I obaj dali susa w zarośla, a my zostaliśmy z butami w rękach, po drugiej stronie strumienia. Zanim przeprawiliśmy się przez wodę, po naszych przewodnikach nie było śladu.

– @&/?&#!!!! Gdzie on znowu poleciał. Jak my go teraz znajdziemy!?!?

Na ścieżce była masa śladów. Istna autostrada. Myślałby kto, że jesteśmy w dziewiczej dżungli…!? Które mogą być ich…?

Te mokre…

Ścieżka, którą ruszył Mario ze swoim nowym znajomym co chwilę się rozwidlała, ale za każdym razem tylko na jednej odnodze były mokre plamki na liściach. Przebiegłem jeszcze ze sto metrów i wróciłem po resztę. Przez następne pół godziny z nosami przy ziemi szukaliśmy kropelek wody, świeżo złamanych patyczków i gałązek. Kiedy nagle Mario wyłonił się z zieleni i jakby nigdy nic zapytał:

-A gdzie wyście tyle czasu byli?

Eryk miał morderstwo w oczach.

W pewnej chwili znaleźliśmy naszych przewodników czekających na nas nad niewielkim strumykiem.

– To jest ostatnia woda w promieniu ośmiu godzin – oznajmił radośnie Mario.

Zapomniał dodać, że marszu lakandońskiego, my poruszaliśmy się znaaaaacznie wolniej.

Zresztą oznajmił to po raz trzeci, przy poprzednich dwóch strumyczkach też to mówił, więc nie wzięliśmy go jakoś bardzo na serio. Zjedliśmy obiad, napełniliśmy bukłaki i ruszyliśmy w dalszą radosną pogoń.

Taka zabawa w ciuciubabkę trwała całą wyprawę.

Nasze zapasy wody skończyły się pod koniec pierwszego dnia, ale zanim się skończyły to przeszliśmy chrzest bojowy. Ścieżka co prawda była, ale co kawałek kładły się w poprzek niej ogromne drzewa, co zmuszało nas do wspinaczki przez potężne pnie albo do meandrowania przez zarośla, jeśli akurat na szlaku znalazła się korona jednego z tych kolosów. Żar lał się z nieba, a każde z nas dźwigało na plecach kilkanaście kilogramów. Po bardzo krótkim czasie byliśmy już tak wyczerpani, że mogliśmy jedynie obserwować około metra ścieżki przed sobą i ledwo powłóczyliśmy nogami.

Jeszcze tydzień wcześniej siedzieliśmy za biurkami w chłodnej Polsce, w zupełnie innej strefie czasowej i brak aklimatyzacji zrobił swoje. My byliśmy cali mokrzy, a wody ubywało w zastraszającym tempie. Pot błyskawicznie zmywał wszelkie repelenty, więc krwiopijne owady cięły bez cienia litości! Jednym słowem zielone piekło!

Koniec końców przyszedł wreszcie ten straszliwy moment, kiedy ostatni szczęśliwiec wyssał z dna swojej butelki ostatni łyczek życiodajnego płynu i wizja noclegu o suchym pysku stała się faktem.

Agi i Eryka mimo wszystko nie opuszczał dobry humor.

-Ile to człowiek w takich warunkach może przeżyć bez wody?

-Bez jedzenia też. Większość tego, co mamy, wymaga wody.

-To ile?

-My to pewnie nie za długo…

Dalsza część dnia upłynęła nam na potykaniu się o korzenie w atmosferze radosnej autoironii. Wszakże był to dopiero pierwszy dzień naszej wyprawy, a bohaterowie filmów nie umierają z pragnienia już pierwszego dnia. Najwyżej drugiego i to też nie wszyscy, ale to było zmartwienie na jutro. Teraz należało iść. Przestawiać mozolnie nogi jedna przed drugą trzymając się kurczowo myśli, że ten dzień się kiedyś musi skończyć.

I skończył się…

-Widzicie to? To jest piramida… – oznajmił Mario, gdy go znów dogoniliśmy. Faktycznie wzgórze po lewej było charakterystyczne strome i symetryczne, a dookoła walały się wielkie kamienne “klocki”. -Tam będziemy spać. Na górze! W dżungli śpi się na górze.

Wizja wdrapania się “tam, na górę” wydawała się straszna, ale cóż było robić? Mario wydawał się niezwykle poważny, kiedy mówił o tym spaniu na górze…

Kiedy zobaczyłem wierzchołek, Mario z Jeremiaszem siedzieli już rozjuczeni i raczyli się czerwonym płynem z wielkiej plastikowej butli. Okazało się, że Jeremiasz kitrał w swoim worku jutowym dwa litry hamajki przez cały ten czas naszej gehenny.

Byliśmy go za to gotowi wyściskać. Smak słodko kwaśnego napoju z hibiskusa był cudowny. Przede wszystkim dlatego, że był taki mokry… Oczywiście roztropnie wypiliśmy tylko litr, a resztę zostawiliśmy na śniadanie. W końcu stare wygi z nas 😛

Przyznam się szczerze, że rozbijania hamaków nie pamiętam za bardzo. Poszło chyba jakoś łatwo, mimo, że byliśmy nieprzytomni ze zmęczenia. Pamiętam tylko, jak mój hamak BUSHMEN® lekko kołysał się pode mną, a ja pielęgnując w ustach ostatni łyk hamajki napawałem się radosną myślą, że tutaj te cholerne komary już mnie nie dosięgną!

cdn.

copyright© by Norbert&Agnieszka Kaszycki

Powrót do listy

Dodaj komentarz